piątek, 13 stycznia 2012

Cóż to jest prawda? (Don DeLillo, "Libra")

Nazwisko autora "Libry" do niedawna nie mówiło mi wiele - w gruncie rzeczy tyle, ze jeden z opiniotwórczych krytyków wymienił go jako jednego z najważniejszych żyjących pisarzy Ameryki, obok McCarthy'ego (cenię), Rotha (w większości nie mój klimat) i Pynchona (nie znam). Dopiero James Ellroy wymienił "Librę" jako główną inspirację "Amerykańskiego spisku". I tak "Libra" trafiła w moje ręce jako kolejna pozycja związana z zamachem na JFK.

"Libra" początkowo dezorientuje. Skonstruowana jest z trzech wątków, z których każdy reprezentuje inną perspektywę i stylistykę, natomiast wszystkie spojone są jednym wydarzeniem - Dallas, 22 listopada 1963, zamach na JFK. Pierwsza z tych płaszczyzn to wnikliwa biografia Lee Harveya Oswalda. DeLillo przeprowadził podobno bardzo dokładne poszukiwania archiwalne, można więc przypuszczać, że na poziomie faktów jego opowieść odpowiada tak zwanej prawdzie. Szczegółowość opisów budzi podziw i wrażenie pełnego autentyzmu, choć trudno dociec, gdzie w śledzeniu perypetii Oswalda kończy się wiedza zdobyta przez autora, a zaczyna pisarska wyobraźnia. Jednak obie warstwy są ze sobą spojone bez żadnej sztuczności, bez szwów. Choćby przejmujący monolog matki Oswalda, który znakomicie zamyka powieść, jest przepisanym prawie bez zmian jej zeznaniem złożonym przed Komisją Warrena. Ostateczny efekt to zniuansowany i wieloznaczny obraz pokręconej osobowości człowieka, którego charakter i okoliczności wepchnęły w tryby większe i potężniejsze od niego. Oswald miota się w swoim życiu, a jednocześnie w jakiś fatalny sposób każdy jego ruch przybliża go do miejsca, w którym jego chaotyczna egzystencja nabierze sensu, jakkolwiek koszmarny by on nie był. Do miejsca, w którym zostanie na zawsze zapamiętany - jako zabójca i ofiara jednocześnie, sprawca i pionek w jednym. Jego portret uzupełniają sylwetki dwóch tragicznych tragicznych w gruncie rzeczy postaci, najważniejszych kobiet w jego życiu - matki, Marguerite, oraz młodej rosyjskiej żony, Mariny. Ale - choć tak istotne - miały one na Oswalda rzeczywisty wpływ? Niełatwo ocenić czy w ogóle, i jeśli tak, to jaki.

Don DeLillo
(repr. za articles.sfgate.com)
Druga nić powieści tworzą perypetie agentów CIA, którzy od wiosny '63 usiłują zaaranżować dla celów politycznych nieudany (!) zamach na prezydenta USA. Nie sposób stwierdzić kiedy pojawia się w ich planach zamach prawdziwy, śmiertelny - staje się to płynnie, w sposób niekonkretny i niedopowiedziany. W ogóle im bliżej krytycznego dnia, tym bardziej rozmywają się intencje, motywacje, plany, interesy.... Krystalizuje się jedynie niezbędna postać figuranta - zamachowca i kozła ofiarnego w jednym. Agenci tworzą pewien model "człowieka winnego zamachu", który ostatecznie materializuje im się w osobie Lee Harveya Oswalda. Właśnie on, z cała swoją niejasną przeszłością (pobyt w ZSRR), neurotyczną osobowością, podejrzanymi poglądami (otwarcie przyznający się do marksizmu) po prostu wydaje się urodzony do tej roli - wpasowuje się jak brakujący element w makabrycznych puzzlach. I jako taki zostaje "rozegrany" i wykorzystany. Przy tym jego charakter cechuje, niczym wagę (łac. libra), pewna bezwładność - być może niewiele brakowało, a Oswald wycofałby się z intrygi. Ale tak się nie stało.

W tych wszystkich opowieściach są inne opowieści, panie sędzio.

Marina i Lee w Mińsku krótko po ślubie
(repr. za spartacus.schoolnet.co.uk)
Mamy więc perspektywą intymną, introwertyczną, oraz epicką, utrzymaną w konwencji thrillera politycznego. Trzeci snop światła rzuca wątek Nicholasa Bracha, analityka, który ma stworzyć jednoznaczny i wyczerpujący opis tego, co stało się w Dallas. Problem w tym, że powiększający się zbiór danych i dowodów(w rodzaju trzech włosów łonowych Oswalda - podobno autentyk!) prawdę raczej zaciemnia niż rozjaśnia. Stworzenie jednej, obiektywnej wizji wydarzeń w Dallas okazuje się niemożliwe. Uprawnione są tylko rozmaite interpretacje (z których dwie sam DeLillo właśnie prezentuje). O ile więc Oliver Stone uważa, że 22 listopada 1963 roku Ameryka straciła niewinność, to dla DeLillo skończyła się wówczas obiektywna historia. I trudno się z nim nie zgodzić w epoce, w której dominują równoprawne a przeciwstawne narracje (vide katastrofa smoleńska), fikcje przenikają się z faktami (fikcyjna broń nuklearna Iraku była powodem jak najbardziej realnej wojny), a w dobie Internetu interpretatorem może być w zasadzie każdy. Dla jasności - nie oceniam tego procesu społecznego, jedynie go stwierdzam. Po prostu w tych wszystkich opowieściach są inne opowieści, panie sędzio - jak stwierdza pod koniec powieści Marguerite Oswald.

Reasumując - "Libra", wykorzystując trzy odmienne perspektywy - psychologiczną, sensacyjną oraz  bezdialogową historiozoficzną medytację - jest dziełem w pewien sposób wykorzystującym zamach na JFK do uniwersalnej,  z gruntu ontologicznej refleksji. DeLillo nie zaniedbał przy tym bazy - jego punktem wyjścia pozostaje dogłębny research, dający szczegółowe zbliżenie na bohaterów opowieści. Koniec końców jestem skłonny stwierdzić, że wyszła mu jedna z najważniejszych amerykańskich powieści ubiegłego wieku.
Pogrzeb Oswalda: Marina, Robert (brat) i Marguerite
(repr. za mcadams.posc.mu.edu)


5,5 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz